Wydawca treści Wydawca treści

Historia nadleśnictwa

Jako jednostka administracyjna Nadleśnictwo zostało utworzone w 1945, natomiast w obecnej postaci Nadleśnictwo Niedźwiady w Przechlewie, wchodzące w skład RDLP w Szczecinku istnieje od 1 stycznia 1973 roku.

Nadleśnictwo Niedźwiady w okresie międzywojennym nosiło nazwę "Niedźwiedzi dąb" - zainspirował ją okazały dąb, pomnik przyrody, rosnący na sztucznie usypanym wzniesieniu w miejscowości Niedźwiady. Jako jednostka administracyjna Nadleśnictwo zostało utworzone w 1945, natomiast w obecnej postaci Nadleśnictwo Niedźwiady w Przechlewie, wchodzące w skład RDLP w Szczecinku istnieje od 1 stycznia 1973 roku.  

Osoby zainteresowane do szczegółowego zapoznania się z losami naszego nadleśnictwa oraz ludzi tu pracujących zapraszam do pobrania zamieszczonego poniżej opracowania.

 

HISTORIA NADLEŚNICTWA NIEDŹWIADY

 

GALERIA ZDJĘĆ HISTORYCZNYCH NADLEŚNICTWA NIEDŹWIADY W PRZECHLEWIE


Zmarł Gerard Schulz – emerytowany leśniczy

Zawsze pełny energii, chętny do pracy i rozmowy, takiego Pana Gerarda zapamiętaliśmy

 

 

Zawsze pełen energii, chętny do pracy i rozmowy, takim zapamiętaliśmy Pana Gerarda. To jeszcze jakby wczoraj, gospodarzył w utworzonym, wydawało by się specjalnie dla niego, leśnictwie Wrzosy. Zawsze pilny, znał swój las i dobrze pilnował kancelarii. Nigdy nie zaniedbywał rodziny i udzielał się w swojej małej społeczności. Przez wiele lat służył w Radzie Gminy Rzeczenica oraz posługiwał jako Ławnik Sądu w Człuchowie.

Pan Gerard był bardzo skromnym człowiekiem. Tak jak żył, tak został w skromnej oprawie religijnej odprowadzony na wieczny odpoczynek. Ze względu na panującą epidemię nie mogliśmy przyjść na mszę i w szerszym gronie leśników pożegnać się z Panem Leśniczym. Jednak nikt nie zabroni nam w samotności odwiedzić cmentarz w Pieniężnicy i od czasu do czasu pochylić się nad grobem człowieka, który większość swojego życia zawodowego związany był z Lasami Państwowymi.

Gerard Schulz urodził się 06 września 1937 roku w Angowicach koło Chojnic. Pracę w lasach rozpoczął 01 października 1964 roku jako gajowy w Leśnictwie Suszka. W tamtym okresie należącym do Nadleśnictwa Rudawa. Od października 1973 roku do końca 1992 roku zajmował stanowisko podleśniczego w Leśnictwie Knieja. W okresie od czerwca 1978 roku do grudnia 1984 roku pełnił funkcję leśniczego technologa. Z dniem 01 stycznia objął stanowisko leśniczego Leśnictwa Wrzosy, które prowadził do 15 września 2002 roku kiedy przeszedł na zasłużona emeryturę.

 

Zapraszamy do obejrzenia archiwalnych zdjęć przekazanych przez rodzinę.

 

W 2004 roku Pan Gerard Schulz napisał krótkie wspomnienia z okresu swojej pracy, które przytaczamy poniżej:

"Początki.       

Lisia Góra – ciągle taka sama, jak przed laty. Dom, budynek gospodarczy, obok wychodek, a na środku podwórza pompa. Nadal czynna. Czas jak gdyby zatrzymał się w tym zakątku. Luksusy, takie jak bieżąca woda, kanalizacja, prąd, nigdy tu nie dotarły.

 Właśnie tutaj, na Lisiej Górze, w Nadleśnictwie Rudawa, obecnie Nadleśnictwie Niedźwiady, w 1964 roku zaczął się nowy etap w moim życiu. Dostałem powołanie na stanowisko kontraktowego gajowego w leśnictwie Lisia Góra. W latach 60-tych nie było wielu wykwalifikowanych leśników. Na stanowiskach leśniczych, gajowych pracowali ludzie bez wykształcenia leśnego, którzy dopiero w trakcie pracy zdobywali odpowiednie kwalifikacje zawodowe. Tak też było w moim przypadku. Pracowałem w Państwowym Gospodarstwie Rolnym w Płociczu. I być może pracowałbym tam nadal jako brygadzista, kierownik czy nawet dyrektor, gdyby nie moja szwagierka, która gotowała posiłki myśliwym stacjonującym na Lisiej Górze. Dzięki niej poznałem inspektora łowczego, pana Fabiańskiego, który to namówił mnie do pracy w lasach.

No i zamieszkałem z żoną Leokadią i córką Jadzią na Lisiej Górze. Zostawiłem zelektryfikowany Płocicz i wybrałem zapomnianą przez Boga i ludzi Lisią Górę. Stąd wszędzie było daleko. A że nie miałem  żadnego środka lokomocji, wszędzie musiałem chodzić pieszo. Na szczęście leśnictwo było nieduże, bo 677 hektarowe i brak konia czy motoru nie stanowił przeszkody w pracy. Inaczej sprawa miała się z zakupami. Chleb, masło kupowałem w pobliskim Płociczu. Raz w tygodniu szedłem do oddalonego o 7 kilometrów Bielska po naftę. Szczęśliwy to był dzień, gdy nafta w sklepie była. Bo jeśli nie, to trzeba było z Bielska iść do oddalonej o 15 kilometrów Rzeczenicy. A tam nie raz usłyszałem z ust sprzedawczyni: „Nafty nie ma.” Jedyna miła rzecz, z całej wyprawy po naftę, to dwa piwa, które wypiłem w gospodzie. A potem długa droga powrotna. Na szczęście w domu były świece, a gdy tych zabrakło, otwierało się drzwiczki od pieca, by w świetle palących się drew trafić łyżką do talerza, odrobić lekcje, porozmawiać.

Zimą był gorzej. Nie dość, że wszędzie daleko, to jeszcze zaspy po pas. Szedłem wówczas, jak Jasio Wędrowniczek z supełkiem z zakupami na ramieniu, w śniegu. Do domu.

Po roku pracy poprawiło się mam. Kupiliśmy rower. W tamtych czasach to było coś. Poruszanie się po leśnictwie czy zakupy, zajmowały mi znacznie mniej czasu. A w sobotę, po wieczornym obrządku, gdy dzieci już spały, sadzałem żonę na ramę roweru i dziarsko pedałowałem w stronę Płocicza, na „telewizję” do znajomych albo na potańcówkę. Były to nasze nieliczne wówczas rozrywki.

Życie codzienne nie szczędziło mam trudów.

Nie raz bywało, że brakowało nam na chleb. Żeby poprawić domowy budżet hodowaliśmy bydło na sprzedaż, zbieraliśmy grzyby, jagody. Żona dorabiała przy sadzeniu lasu, korowaniu kopalniaka. Było ciężko. Ale nie poddawałem się. Byłem młody i każdego ranka wstawałem do pracy z nadzieją, że będzie lepiej. Robiłem wszystko by tak było. Nie miałem szczęścia do leśniczych. Musiałem umieć robić wszystko i w lesie i w kancelarii. Wykonywałem wszystkie prace związane z prowadzeniem leśnictwa. 

Na Lisiej Górze mieszkaliśmy sześć lat. W 1970 roku przeprowadziliśmy się do Pieniężnicy, gdzie mieszkamy do dzisiaj. Dzieci miały szkołę na miejscu. Nareszcie można było kupić radio, pralkę i inne urządzenia na prąd, a lampę naftową schować do komórki.

Takie były moje początki. Początki trudne. Jeszcze dziś, po wielu latach wspominam je ze wzruszeniem.

Przez trzydzieści osiem lat mojej pracy zawodowej byłem gajowym w leśnictwie Lisia Góra, podleśniczym w leśnictwie Suszka, Knieja, leśniczym technologiem w Nadleśnictwie Niedźwiady, leśniczym w leśnictwie Wrzosy.

Na emeryturę odszedłem 15 września 2002 roku. Różnie się układało przez te wszystkie lata. Kiedy zaczynałem pracę w latach sześćdziesiątych nie było telefonów, samochodów, komputerów, ale praca była znacznie spokojniejsza, mniej stresująca. Zadania gospodarcze były nie mniejsze niż teraz. Może nawet było ich więcej, ale wszystko było zrobione na czas. Będąc leśniczym, codziennie poświęcałem chociaż pół godzimy na uporządkowanie dokumentów w kancelarii. Bywało tak, że trzeba było kilka godzin posiedzieć nad papierami, np. przy wypłacie, wnioskach gospodarczych czy szacunkach brakarskich. Ale to pół godziny dawało mi pewność, że jak przyjedzie nadleśniczy albo inspektor i poprosi o jakiś dokument, to dam go mu. Miałem kiedyś leśniczego, Wyrzykowski się nazywał, z którym robiliśmy wypłatę zalesieniową. Tenże leśniczy bardzo nie lubił papierkowej roboty. W pewnej chwili wyszedł z kancelarii do toalety. Jak nie wrócił po godzinie, to zorientowałem się, że coś tu nie gra. Tak też było. Leśniczy wrócił po trzech dniach, ja w międzyczasie zrobiłem sam tą wypłatę i zdałem ją w nadleśnictwie. Chcąc nie chcąc, przy takim leśniczym, szybko nauczyłem się prowadzić kancelarię, co bardzo mi się przydało gdy objąłem leśnictwo.

Dzisiaj jestem szczęśliwym emerytem i szczerze mogę powiedzieć, że nie żałuję wybranej drogi. Dochowaliśmy się z żoną siedmiorga dzieci, czternaściorga wnuków, dwójki prawnuków, zdrowie nam dopisuje. Czegóż chcieć więcej..."

Wspomniana przez Pana Gerarda "Lisia Góra"